BIO
Japoński reżyser znany z artystycznej bezkompromisowości po raz kolejny udowadnia, że nie podlega żadnym ograniczeniom narzuconym przez wymogi konwencji, logiki czy zdrowego rozsądku. "Dead or alive 2: Krew yakuzy" jest najdziwniejszym sequelem, jaki kiedykolwiek został nakręcony. To szalony konglomerat gatunków, będący jednocześnie artystycznym manifestem twórcy, który jak zwykle drwi sobie z reguł rządzących kinem. Nie spodziewajcie się "Oldboya". Ale po kolei.

Aby w pełni zrozumieć pobudki, jakimi kierował się Takashi Miike kręcąc "Dead or alive 2", należy rzucić okiem na jego dorobek. Japończyk ma na swoim koncie ponad 80 filmów w tym komedie, brutalne filmy akcji, gore, western czy... musical. Nie są to produkcje gatunkowo jednorodne. Miike ma w nosie reguły i ostentacyjnie łączy niepasujące na pierwszy rzut oka elementy. Nie inaczej jest w przypadku "Dead or alive 2", którego z pierwszą częścią nie łączy nic poza tytułem i aktorami - wszyscy główni bohaterowie „jedynki” zostali przecież uśmierceni.

Historia zaczyna się dość typowo. Oto dwaj płatni zabójcy otrzymują zlecenie zlikwidowania tego samego człowieka. Ich drogi przecinają się ponownie na promie, który zmierza na małą wysepkę Dogo - miejsce gdzie obaj dorastali. Mizuki i Shuuichi to przyjaciele z dzieciństwa, którzy w obliczu niebezpieczeństwa muszą połączyć siły i stawić czoła wspólnemu wrogowi. Jednak Miike nie byłby sobą, gdyby wszystkiego nie skomplikował.

Reżyser kpi z widza na każdym kroku. Bohaterowie przez większość czasu wspominają, snując się po zabitej dechami prowincji. Miejsca, jedzenie i zapachy przywołują reminiscencje dawno utraconego dzieciństwa, zupełnie jak u… Prousta. Sceny typowo komediowe przeplatają się rzewną tęsknotą za tym, co bezpowrotnie odeszło. Czy tak wygląda bezkompromisowe kino sensacyjne opowiadające o zemście?

Wbrew krzykliwym zapowiedziom polskiego dystrybutora druga część „Dead or alive” nie jest ani ekstremalna, ani bardzo okrutna. Nie jest tak sadystyczna, jak „Ichi the killer” czy abstrakcyjnie absurdalna, jak „Full Metal gokudô" (japońska wersja „Robocopa”). Narracja opowieści płynie niezwykle leniwie, przerywana sporadycznie cytując, za dystrybutorem, eksplozjami przemocy, które paradoksalnie w ogóle tu nie pasują. Oczywiście widza o słabszym żołądku niektóre sekwencje mogą przyprawić o nudności, jednak wierzcie lub nie - reżysera stać na wiele, wiele więcej.